Brain over binge PL. Część I. Rozdział 1.

Typowy dzień objadania się

       To było około północy 6 stycznia 2000 roku. Leżałam na starej kanapie w piwnicy mojego akademika z opakowaniem Pop-Tart i pustą butelką dietetycznego Sprite’a. Kiedy zaczęłam wybudzać się z głębokiego snu zauważyłam, że tył mojej koszulki jest wilgotny, w piwnicy było tak gorąco, że nie byłam pewna, czy wilgoć na koszulce jest spowodowana potem czy rozlanym napojem. Tak naprawdę nie obchodziło mnie to. Jedyne o czym myślałam... nie wierzę, że znowu to zrobiłamTo miał być nowy rok, nowy semestr, nowy początek. Przyrzekłam sobie, że nie będę się objadać w drugim semestrze pierwszego roku studiów, ale byłam tutaj – pełna, opuchnięta i chora. Usiadłam i spojrzałam na kanapę. Była obrzydliwa... wyblakło-fioletowa,  gąbczasta z brązowymi plamami. Pomyślałam, że wszystkie dziewczyny z pierwszego roku były tutaj pewnie pijane, bo nikt trzeźwo myślący, nie chciałby tu być. Żałowałam, że to nie alkohol mnie tu przywiódł, to byłoby w sumie okej dla pierwszaka z college’u. Ale to nie było piwo – to było jedzenie.
      Byłam strasznie zawstydzona. To był mój pierwszy dzień na uniwersytecie po spędzeniu ferii z rodziną i od razu katastrofa. Święta też były katastrofalne. Wielokrotnie się objadałam w domu. Tak, wszyscy przejadają się podczas świąt – rozkoszowanie się smakołykami, które pojawiają się na stole tylko raz w roku. Ale w moim przypadku było inaczej. Podczas każdego posiłku, zmagałam się z kontrolowaniem siebie, próbowałam jeść powoli i brać małe kęsy. Zawsze starałam się być świadoma, jak głodna lub pełna się czułam podczas jedzenia, ale to było bardzo denerwujące, bo rzadko kiedy czułam się usatysfakcjonowana. Nieważne ile zjadałam podczas posiłku, zazwyczaj chciałam więcej i więcej.
       Pozwalałam sobie na więcej jak wszyscy podczas świątecznego obiadu, ale później pragnęłam, aby goście poszli sobie a moi rodzice zasnęli, bym mogła jeść to co chciałam. A chciałam wszystkiego dla siebie: farszu, słodkich ziemniaków, ciast, ciastek, czekoladek. Chciałam jeść szybko, połykając ogromne kęsy dopóki nie poczułam zawrotów głowy. Próbowałam się od tego uwolnić, ale nie potrafiłam znaleźć powodu, dlaczego tak bardzo musiałam się objadać. Gdybym nie doświadczyła tego, nigdy w życiu bym nie uwierzyła, że tak silne pragnienie czegoś tak irracjonalnego jest możliwe. I nie uwierzyłabym, że powiedzenie ”nie” czemuś szkodliwemu może wydawać się całkowicie niemożliwe.
       Zawsze byłam osobą sumienną, ceniącą osobistą odpowiedzialność i dobre wybory. Ale moje chęci objadania się zmusiły mnie do porzucenia tego wszystkiego. Świąteczna noc była jedną z tych chwil, kiedy moje sumienie zdawało się być zupełnie nieobecne i mówienie ”nie” mojemu nieracjonalnemu pragnieniu objedzenia się zdawało się być bezowocne. Tak więc, gdy tylko byłam sama, szłam powoli do kuchni, próbując zachować spokój, pomimo że moje serce waliło jak oszalałe. Mówiłam sobie jak zazwyczaj przed napadami, że chcę tylko trochę... ewentualnie jeszcze jeden kawałek ciasta orzechowego ­ – ponieważ były święta – i zawsze po wszystkim mogłam na drugi dzień poćwiczyć, żeby to odpracować.
       Powiedziałam sobie, że nie pozwolę by mała przekąska zamieniła się w napad, ale już w połowie pierwszego kawałka ciasta wiedziałam, że zjem znacznie więcej. Moje serce biło szybciej i zaczynałam brać coraz większe kęsy. W ciągu kilku minut, zjadłam jeszcze dwa kawałki ciasta orzechowego, dwa kawałki ciasta wiśniowego, sześć świątecznych ciasteczek i dziesięć cukierków czekoladowych (wciąż pamiętam, co jadłam podczas napadów wiele lat temu, bo zawsze zapisywałam wszystko w moim dzienniku następnego dnia). Wyzbywałam się wszelkich zahamowań i czułam się dobrze. Zaczynałam jeść resztki dań z talerzy dopóki nie straciłam przyjemności z jedzenia – czyli w momencie kiedy zaczynałam się skręcać z bólu brzucha. Potem nalewałam sobie ogromną miskę płatków i zabierałam ją z powrotem do mojego pokoju. Siadałam na łóżku, jedząc każdy kęs powoli, zastanawiając się, czy możliwa jest śmierć z przejedzenia. Co może mi się przydarzyć? Czym mój żołądek może pęknąć? Czy mój przełyk może się rozerwać? Czy mogę doznać szoku z powodu zbyt dużej ilości cukru? Z pewnością to co robiłam, nie mogło mnie zabić, tak myślałam. Czy jednak mogło?  Tak wiele pytań pojawiało się w mojej głowie podczas napadu, ale starałam się nie zwracać na nie uwagi.  Nie chciałam myśleć o tym, co się może stać. Również nie chciałam myśleć jak bardzo moja waga wzrośnie, jak dużo czasu będę musiała poświęcić na ćwiczenia następnego dnia na siłowni, żeby zrekompensować mój napad i o powrocie do college’u.
       Chciałam być tylko pełna. Chciałam odpłynąć we śnie czując się pełna, opita słodkimi napojami i zadowolona. Początek napadu zawsze wywoływał podekscytowanie, ulgę i satysfakcję – jakbym w końcu dawała mojemu ciału to, czego potrzebowało, tak jakbym robiła to, co należy zrobić – nawet jeśli jakaś część mnie wiedziała, że to był okropny błąd.
Jednak poczucie przyjemności trwało chwilę. W miarę trwania napadu, dobre uczucia stopniowo blakły, pozostawiając mnie z pragnieniem więcej i więcej by powróciły te pozytywne emocje. To będzie ostatni raz, pomyślałam...
       To nie był ostatni raz. Kolejny napad miałam dwa dni później i kolejny trzy dni później. Później podjęłam decyzję, że chce z tym skończyć wraz z wejściem w nowe tysiąclecie, co było jednym z wielu noworocznych postanowień. To postanowienie trwało do kolejnego napadu, który był 3 stycznia, trzy dni przed powrotem do szkoły. Pomyślałam, że może lepiej mi pójdzie w akademiku, gdzie nie będę musiała zmagać się ze stresem, który miałam w domu, gdzie będę miała dostęp do mojego terapeuty i dietetyka. Więc 3 stycznia obiecałam sobie, że wraz z powrotem na uniwersytet kończę z napadami.

Jedzenie podczas jazdy

       Ale właśnie był 6 stycznia, leżałam na obrzydliwej starej kanapie w piwnicy, czując się tak pełna jak podczas świąt. Chciałam cofnąć czas i nie brać tego wszystkiego, co zjadłam tego dnia. Mój napad zaczął się rano, w około 1/4 mojej czterogodzinnej trasy. Pomimo że zjadłam posiłek w domu przed wyjazdem, zaczęłam odczuwać tak znaną mi chęć objadania się już godzinę później. Próbowałam przemówić sobie do rozsądku, ale szybko podjęłam decyzję – ponieważ moja obietnica nieobjadania się technicznie nie rozpocznie się dopóki nie wrócę do akademika – to było w porządku, mogłam jeść po drodze w samochodzie.
       Sięgnęłam ręką  za tylne siedzenie i po omacku przekopałam się przez walizki do dużej paczki świątecznych M&M’s, które dała mi moja mama, żebym podzieliła się ze współlokatorką. M&M’s zniknęły w ciągu kilku minut, wtedy cała moja uwaga i energia skupiły się na tym, by zdobyć więcej jedzenia. Kiedy zaczynał się napad, czułam się jak w transie, gdzie nic nie miało znaczenia – ani prowadzenie samochodu, ani słuchanie muzyki, ani to że dzwonił telefon, ani snucie planów na następny semestr. Liczyło się tylko to, że chciałam dostać kolejną dawkę cukrów i tłuszczy. Wiedziałam, ze to jest złe, obrzydliwe, żarłoczne, nienormalne, kosztowne, niezdrowe i nieodpowiedzialne, ale w takiej chwili, nie obchodziło mnie to.
       Zrobiłam kolejny postój. Wzięłam chipsy, ryżowe szyszki i bułeczki miodowe na stacji benzynowej i zanim wróciłam na międzystanówkę, zajechałam do Fast-food’u po czekoladowego shake’a. Zatrzymywałam się jeszcze cztery razy, żeby zdobyć więcej jedzenia zanim dotarłam do akademika. Później  zdecydowałam, że mogę zrobić sobie jeszcze kilka przystanków, zanim oficjalnie będę w akademiku. Więc zamiast iść prosto do  budynku, krążyłam po mieście z miejsca do miejsca, unikając ulicy prowadzącej do akademika, dopóki nie miałam już siły jeść.  
       Wreszcie, około 16.00 wjechałam na dwupasmową drogę prowadzącą do mojego akademika, jadąc poniżej ograniczenia prędkości z linią samochodów za mną. Muszę to zatrzymać, skarciłam się kiedy wjechałam na parking. Wysiadłam z samochodu czując mdłości i zawroty głowy. Poczułam się źle, gdy spojrzałam na ośmiopiętrowy budynek naprzeciwko mnie. Chciałam polubić college. Chciałam się zaprzyjaźnić, wychodzić na miasto, umawiać się na randki, ale moje irracjonalne i nieugięte pragnienie do objadania się stawało mi na drodze.
       Czułam się zbyt źle, by móc zanieść cokolwiek do pokoju, więc zostawiłam cały bagaż w samochodzie, śmieci i resztki jedzenia. Otwierając drzwi do budynku, poczułam się przytłoczona, gdy usłyszałam dziewczyny rozmawiające o feriach, nadchodzących wydarzeniach i zajęciach, jakie chcą podjąć w tym semestrze. Ze wzrokiem spuszczonym w podłogę ruszyłam do windy, mając nadzieję, że nie spotkam nikogo znajomego po drodze.  
       Moja twarz była spuchnięta, jak zawsze po długim objadaniu się. Nie byłam pewna, czy pozbyłam się wszystkich okruchów z mojej twarzy, ale wiedziałam, ze nie chcę z nikim rozmawiać. Trzy dziewczyny weszły ze mną do windy, jedna z nich mówiła drugiej, ze przytyła przez ferie, bo za dużo zjadła w święta. To była typowa rozmowa w akademiku i zdawało się, że nigdy nie ucieknę od rozmów o kaloriach, wadze i ćwiczeniach. Nienawidziłam faktu, że inne dziewczyny były tak bardzo skupione na swojej wadze, nawet jeśli to ja najbardziej się na tym skupiałam. Pomyślałam, ze gdyby tylko ta dziewczyna wiedziała co zjadłam podczas ferii, nie czułaby się tak źle. Wciąż byłam tą najchudszą w windzie, ale z dnia na dzień przybierałam na wadze. Kiedy rozpoczynałam naukę w college’u w sierpniu 1999 r. ważyłam 41 kg, 6 stycznia ważyłam już 48 kg. Dziewczyny w windzie ważyły prawdopodobnie  pomiędzy 54 i 58 kg i wyglądały jak dla mnie zdrowo i pięknie. Pomyślałam jak wspaniale byłoby być jedną z nich – mieć średnią wagę, nie głodzić się, nie objadać i przejmować się tylko dodatkowymi kaloriami zjedzonymi podczas świąt.
Zamiast tego, martwiłam się zjedzonymi 7,000 kcal w samochodzie.. i zastanawiałam się dlaczego chcę więcej i więcej. Dziewczyny wysiadły na trzecim piętrze i drzwi zamknęły się za nimi. Mój pokój był dwa piętra wyżej, ale kiedy winda zatrzymała się na piątym piętrze, nie poruszyłam się. Patrzyłam jak drzwi się otwierają i zamykają. Po co w koło próbować? Zrobiłam krok do przodu i nacisnęłam przycisk „B”.

Piwnica

       Szłam pustym korytarzem – minęłam hol w piwnicy, pralnię i skierowałam się do małego pokoju z automatami. Kupiłam paczkę chipsów, batonika, Pop-Tart i butelkę dietetycznego Sprite’a. Potem wróciłam do holu w piwnicy, żeby usiąść na starej, obrzydliwej kanapie. Jedzenie już nie sprawiało mi przyjemności, czułam się źle, ale dopóki jadłam, nie musiałam myśleć o niczym innym – musiałam tylko żuć i przełykać jedzenie. Czułam się całkowicie odrętwiała. Dopiero gdy zjadłam ostatni kęs Pop-Tartu, zaczęłam czuć się nieswojo... zaczynało docierać do mnie wszystko co zrobiłam tego dnia. Wstyd, poczucie winy i nienawiść do samej siebie. Najgorsze było to, że nie byłam w akademiku jeszcze 15 minut, a już złamałam swoją obietnicę.  
       Zaczęłam panikować. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, żeby to naprawić. Miałam mieć egzamin na w-fie za dwa dni a czułam się za gruba by chodzić - tym bardziej biegać. Przestraszyłam się, że wszyscy z zespołu będą się na mnie gapić, chcąc wiedzieć dlaczego tak bardzo przytyłam.  Czułam, ze nie będę mogła żyć, jeśli znowu przytyję w ten okropny i obrzydliwy sposób. Wstałam z kanapy, podeszłam do kosza i spróbowałam zwymiotować. To nie była moja pierwsza próba. Próbowałam zmusić się do wymiotowania kilka miesięcy wcześniej, ale nie ważne jak bardzo próbowałam, nie wychodziło mi. 
       Czasami byłam zadowolona po napadzie – tak jak jednej nocy w święta – i mogłam pójść prosto spać, ale innymi razy czułam, że muszę pozbyć się jedzenia. Tym razem czułam się właśnie tak zdesperowana. Próbowałam aż piekła mnie twarz, a z oczu leciały łzy, ale nie udało się. Poddałam się po 15 minutach. Rzuciłam się zapłakana na kanapę. Wydawało mi się, ze gdybym tylko potrafiła zmusić się do wymiotowania, moje problemy rozwiązałyby się. Wtedy mogłabym się objadać – co wydawało się wszystkim czego chciałam, ale nie mogłam zrobić – bez ponoszenia konsekwencji. Gdzieś wewnątrz, wiedziałam, ze to przyniosłoby więcej szkody, niż pożytku, ale w tamtym czasie, to wydawało się łatwiejszym rozwiązaniem, niż mój zwyczaj ćwiczenia przez cały kolejny dzień.
       W tym momencie czułam się tak wyczerpana, że nawet nie byłam w stanie myśleć o ćwiczeniach. Czułam się zbyt zmęczona i chora by nawet wrócić do mojego pokoju na górze. Chciałam tylko spać. Skuliłam się na kanapie i wypiłam mojego dietetycznego Sprite’a, myśląc jak ironiczne i absurdalne było to, że często moje kilkutysięczne objadanie kończyłam dietetycznym napojem. Bąbelki sprawiły, że mój żołądek poczuł się lepiej a ciepło w piwnicy sprawiło, że oczy stały się ciężkie.

Ostatnie opakowanie

       Obudziłam się koło północy, z wilgotnymi śladami na mojej koszuli i zwyczajnymi skutkami napadu: obrzękniętym żołądkiem, spuchniętą twarzą i rękami, refluksem, bólem gardła i okropnym smakiem w ustach. Jedyne o czym myślałam, to jak gruba się czułam i jak bardzo byłam nieudacznikiem. W ciemności piwnicy – wśród cieni kilku pudeł, paru składanych krzeseł, starego fortepianu – to wszystko wydawało się złym snem.
       Podniosłam butelkę po napoju i papierek Pop-Tartu, po czym ruszyłam w stronę windy. Nie zniosę kolejnego takiego semestru, pomyślałam, a zapowiadało się, że będzie jeszcze gorzej. Przypomniałam sobie kilka ostatnich dni poprzedniego semestru, najgorszego tygodnia mojego dotychczasowego objadania się. Miałam napad w poniedziałek, wtorek, środę, piątek i niedzielę. Jadłam przez całą niedzielną noc, mimo że następnego ranka miałam końcowy egzamin z chemii. Po egzaminie czułam się tak grubo, że postanowiłam kontynuować objadanie się. W czasie egzaminacyjnego tygodnia w moim akademiku były darmowe pączki, więc zabrałam jedenaście z nich i do tego dwa kartony czekoladowego mleka.
       Teraz akademik był cichy. Nie było zgiełku związanego z końcem semestru ani żadnego stołu z darmowymi pączkami. To był nowy początek. Ale ja się czułam tak samo – nieszczęśliwa i opuchnięta. Wsiadłam do windy, wjechałam na piąte piętro, otworzyłam drzwi do pokoju i rozejrzałam się po małym, ciemnym miejscu, czując się źle i beznadziejnie. Wyrzuciłam pustą butelkę po dietetycznym Sprite, ale opakowanie po Pop-Tart schowałam do szuflady biurka. Powiedziałam sobie, ze skoro nigdy już nie będę się objadać, chcę zachować to opakowanie. To będzie taki rodzaj pamiątki – znak ostatniego napadu. Będzie przypominał mi gorsze dni i pewnego dnia będę mogła wrócić do tych chwil ze śmiechem, albo być może ze łzami – sama nie wiem.
       Zamknęłam szufladę i poszłam do łóżka. Mojej współlokatorki (nazwijmy ją Julia) nie było, była w domu z rodziną, jeszcze kilka dni. Czułam ogromny wstyd, kiedy o niej myślałam, ponieważ zjadłam jej mnóstwo jedzenia w poprzednim semestrze. Początkowo myślałam że nie zauważy zniknięcia rzeczy, które podbierałam – kilku ciasteczek, miski płatków, jakiś krakersów. Zazwyczaj szybko udawałam się do sklepu, żeby odkupić jedzenie, ale jak się okazało później, ona o wszystkim wiedziała od początku.
       Po kilku miesiącach naszego pierwszego semestru Julia zaczęła chować jedzenie. W czasie moich napadów, szukałam jedzenia wszędzie, znajdując paczkę ciastek w jej koszu na ubrania, jakieś przekąski pod jej łóżkiem. Trzymała też zamknięte pudełko miodowych bułeczek w małej plastikowej szufladzie między naszymi łóżkami, przez ponad dwa miesiące. Nie ukrywała ich przede mną, po prostu trzymała je tam. Ale te pudełko drwiło ze mnie. Podczas napadów, sprawdzałam czy opakowanie jest już otwarte i zawsze byłam wściekła, kiedy nie było. Gdyby tylko chciała je otworzyć, mogłabym podebrać jej jedną bułeczkę…
       Podczas jednego napadu, pod koniec semestru, zdecydowałam że Julia z pewnością nie zjadłaby tych bułeczek przed powrotem do domu na ferie. Otworzyłam pudełko i zjadłam wszystkie oprócz jednej a także jakieś ciastka, które były ukryte. Potem wróciłam do biblioteki, by się uczyć. Kiedy wróciłam pod wieczór do pokoju, zauważyłam że coś jest nie tak, cale jedzenie Julii zniknęło. Nie było żadnego jedzenia na półce, w lodówce pusto, nic też nie znalazłam w jej kryjówkach, w pudełku nie było miodowej bułeczki. Wszystko zniknęło, ona też. Moje serce zatonęło ze wstydu.
       Do tej pory Julia wydawała się obojętna na to, ze podbierałam jej jedzenie, w porządku, możesz brać tyle ile zechcesz, mówiła zawsze po tym, jak mówiłam, że zjadłam miskę jej płatków albo kilka ciastek. Ale co zrozumiałe, z czasem denerwowała się coraz bardziej, gdy nadużywałam jej hojności. Tej nocy pobiegłam do sklepu spożywczego i nakupiłam tyle jedzenia, ile uważałam, ze jest w stanie zrekompensować, to co zjadłam w ciągu semestru. Po powrocie do pokoju w akademiku, położyłam całe zakupy na łóżku Julii, a także książkę o bulimii, którą czytałam w tamtym czasie. Dodałam także list, w którym wyjaśniałam, ze mam zdiagnozowaną bulimię i mam trudności z kontrolowaniem siebie podczas napadu. Przeprosiłam za swoje zachowanie i zwierzyłam się, że idę do terapeuty i dietetyka. Powiedziałam jej, że jeśli tylko ma jakieś pytania lub wątpliwości odnośnie mojego zaburzenia, może śmiało ze mną pogadać albo przeczytać książkę, którą jej dałam.
W nocy, kiedy Julia wróciła do pokoju, udawałam że śpię. Słuchałam z zażenowaniem jak Julia przekładała jedzenie z łóżka. Następnego dnia, napisała do mnie podobny list, wybaczając mi i oferując wsparcie. Nigdy nie rozmawiałyśmy o tym incydencie i wyjechałyśmy na ferie trzy dni później. Teraz wpatrywałam się w puste łóżko współlokatorki, zastanawiając się, czy nasze relacje będą takie jak dawniej.  


Komentarze

Popularne posty