Brain over binge PL. Część I. Rozdział 6.
Akceptacja terapii
Terapię zaczęłam zaledwie po 4 tygodniach od rozpoczęcia
studiów z powodu nacisków mojego trenera. Podczas zawodów we wrześniu 1999 r.,
kiedy mój zespół miał zacząć biegać, trener poprosił, bym poszła za nim.
Zaprowadził mnie do gabinetu psychologa sportowego, mówiąc mi, ze jestem za
chuda (ważyłam 42 kg) i potrzebuję pomocy, by rozwiązać mój problem. Czułam, że
nie mogłabym się spierać z trenerem, tak jak z rodzicami.
Moi rodzice widzieli, że faktycznie jadłam – nie
wystarczająco by zrekompensować mój wysoki poziom aktywności, ale przynajmniej
były to przyzwoite ilości jedzenia – no i wiedzieli, że byłam naturalnie chuda.
Wydawało się, że mogłabym ich przekonać, że bycie super chudą nie stanowi aż
tak wielkiego problemu jak dla kogoś, kto ma niski poziom aktywności,
wolniejszy metabolizm lub jest grubszy genetycznie. Ale mojego trenera nie
byłam w stanie do tego przekonać. Prawdopodobnie myślał, że rzadko jadam –
wniosek większości ludzi, którzy widzieli mnie w tamtym czasie. Czułam, ze nie
mam żadnego wyboru, jak iść za nim do psychologa. Ale to nie było wszystko –
przyszło mi na myśl, że może on ma rację, może potrzebuję pomocy
profesjonalisty. Byłam pewna, że sama nie powstrzymam napadów.
Może terapia jest tym,
czego właśnie teraz potrzebuję, pomyślałam idąc za trenerem. Może terapeuta, którego spotkałam, gdy
miałam 16 lat miał rację przez cały czas i mam zaburzenia odżywiania, nad który
nie mogę panować. Może w jakiś sposób jestem uszkodzona, wadliwa lub chora.
Tak więc ponad rok po tym, jak wyszłam z gabinetu terapeutki
po raz pierwszy, wkroczyłam tam kolejny raz. Tym razem, w przeciwieństwie do
pierwszego razu, byłam gotowa słuchać. Byłam gotowa zrobić wszystko, co trzeba,
żeby powstrzymać napady objadania się, bo czułam, że straciłam kontrolę.
Podczas kilku spotkań z psychologiem sportowym, zostałam
zdiagnozowana. Oficjalnie poznałam kryteria diagnostyczne anoreksji, napadów
związanych z oczyszczaniem organizmu, które jest stosowane, gdy bulimiczne
zachowanie (objadanie się lub wymiotowanie) występuje u osoby z niedowagą.
Ponieważ w ciągu kolejnych miesięcy przybrałam na wadze z powodu napadów, moja
diagnoza zmieniła się w bulimię, bez przeczyszczania. Co oznaczało, że bulimik
używa diety i ćwiczeń fizycznych lub innych zachowań kompensacyjnych, a wymioty
stosuje nieregularnie, niewłaściwie używa środków przeczyszczających,
diuretyków lub lewatyw. Na podstawie moich objawów, psycholog polecił, żebym
spotkała się z dietetykiem i z terapeutą z kampusu, którzy zajmują się
leczeniem zaburzeń odżywiania. Byłam niezdecydowana, ale umówiłam się na
spotkania i do października 1999 r. oficjalnie rozpoczęłam dni terapii i
powrotu do zdrowia.
Terapia, w której jedzenie nie stanowi problemu
To, co usłyszałam podczas pierwszego spotkania z terapeutą,
Jimem, było bardzo podobne do tego, co mówił mój pierwszy terapeuta: zaburzenie
odżywiania nie było moją winą, nie chodziło o jedzenie i wagę. Powiedziano mi,
że napady były jedynie objawem moich życiowych problemów, które powinnam odkryć
– problemów takich jak niska samoocena, depresja, izolacja, problemy rodzinne i
społeczne. Jim powiedział, że używam jedzenia, by radzić sobie z uczuciami.
Powiedział także, że moje odżywiania było chorobą, która dawała mi korzyści, co
wyjaśniało, dlaczego nie potrafiłam przestać. Powiedział, ze napady były
wypełnieniem moich emocjonalnych potrzeb, a ja muszę nauczyć się spełniać te
potrzeby w inny, niż poprzez jedzenie sposób.
Chociaż teraz nie wierzę w to wytłumaczenie, wtedy poczułam
ulgę słysząc, w jaki sposób zostały wyjaśnione moje napady. Dobrze było
wiedzieć, ze napady nie były moją winą, ale były oznaką choroby. Łatwiej było
myśleć o sobie, jako o ofierze z problemem psychologicznym, niż po prostu
żarłoku. Lepiej było myśleć, że moje napady są złożonym zaburzeniem, a nie
oznaką mojej głupoty i utraty kontroli.
Nawet jeśli to wszystko sprawiało, że czułam się mniej
winna, nadal było mi źle. W istocie, wiedziałam, że moje problemy odżywiania
dotyczyły jedzenia i wagi. Przypomniałam sobie, jak po raz pierwszy zaczęłam
dietę po wycięciu migdałków, żeby stracić kilka kilogramów. Myślałam o tym, w
jaki sposób wymknęło mi się to spod kontroli i sprawiło, że chciałam tylko
jedzenia, nic więcej. Myślałam o moim pierwszym napadzie – zjedzeniu ośmiu
misek płatków śniadaniowych przed szkołą – co było konsekwencją nieustającego
ograniczania siebie przez dłuższy czas. Nie myślałam wtedy, że moje problemy z
jedzeniem są szczególnie skomplikowane, więc dlaczego teraz się takie wydawały?
Pomimo wątpliwości, zdecydowałam się na leczenie. Pierwszym
celem leczenia, pod kierownictwem dietetyka Debbie, było sporządzenie planu
posiłków, by uregulować moje odżywianie. Chociaż jadłam posiłki i przekąski o
regularnych porach, nie były wystarczająco duże, by pokryć moją aktywność
fizyczną. Debbie stworzyła dla mnie plan, aby się upewnić, że zjadam
odpowiednią ilość kalorii. Powiedziała, że jeśli zjem pełne posiłki, mój apetyt
i chęć objadania się powinny się zmniejszyć.
Zrobiłam wszystko, żeby zrealizować plan, chociaż czułam, ze
posiłki były za duże, jednak to nie zmniejszyło mojej chęci objadania się. Po
prostu dodanie większej ilości kalorii do diety i włączenie różnych produktów
spożywczych – w tym produktów powodujących napady – nie rozwiązało problemu.
Obwity posiłek z planu pogorszył sytuację, bo musiałam przechowywać więcej
jedzenia w pokoju w akademiku. Teraz miałam codzienny dostęp do produktów,
które były pokusą do napadów, a ja sobie z tym nie radziłam.
Może jedzenie większej ilości jedzenia pomogłoby mi kilka lat
wcześniej, zanim miałam pierwszy napad, ale teraz wydawało się, że jest za
późno. Wiedziałam, że zwykły głód nie jest już problemem, bo moje pragnienie
objadania się były równie prawdopodobne nawet, gdy byłam najedzona. Ale skoro
głód już nie napędzał moich napadów, nie wiedziałam co je powodowało.
Debbie nie była zdziwiona, że plan posiłków nie powstrzymał
moich napadów. Powiedziała mi, że robię to z powodów psychologicznych, a nie
czysto fizycznych. Powiedziała, że chęć jedzenia po tym, jak byłam fizycznie
zadowolona była oznaką emocjonalnego głodu, nad którym muszę pracować z moim
terapeutą, Jimem.
W czasie pierwszego semestru studiów, z Jimem widziałam się
dwa razy w tygodniu. Mówiliśmy o mojej
przeszłości i tym, co mogło doprowadzić do rozwinięcia się mojego problemu, ale
również intensywnie rozmawialiśmy o tym, co może powodować moje obecne napady.
W czasie tego semestru, zaczęłam czytać poradniki o napadach/bulimii i licznych
materiałach dotyczących zaburzeń odżywiania.
Terapia
Jedną z pierwszych technik, jakie poznałam na terapii, było
zapisywanie własnych spostrzeżeń. W dzienniku miałam się monitorować poprzez
analizowanie moich myśli, uczuć, humorów, które wpływały na pojawienie się
napadu. Szukałam wzorów w moich napadach: w
której części dnia najczęściej miałam napad? Jakie myśli poprzedzały moje
napady? Jakie uczucia poprzedzały moje napady? Jakie sytuacje i interakcje
poprzedzały napady? Mój terapeuta wytłumaczył mi, że jeśli poznam moje
zapalniki – uczucia, myśli, sytuacje prowadzące do napadu – nauczę się innych
sposobów do radzenia sobie z nimi.
Teraz każdy napad stał się wydarzeniem do analizowania i
problemem do rozwiązania. Po napadzie, starałam się zrozumieć emocjonalny
powód, dla którego się objadałam. Pytałam siebie: objadałam się by dać upust emocjom? By obniżyć stres? By uniknąć
problemu? Objadałam się, aby uciec przed uczuciami? Czułam się szczególnie źle
ze sobą przed pierwszym kęsem? Co się dziś wydarzyło, co mogło mnie zaprowadzić
do lodówki? Którą potrzebę chciałam spełnić?
Często wymyślałam powody dla mojego objadania się, ale
zawsze myślałam o tych przyczynach po napadzie. Przed napadem, jedyne co
wiedziałam, to to, ze desperacko chcę się najeść. Nauczyłam się, że to jest
normalne. Terapeuta powiedział mi, że to może zając wiele czasu, zanim pojmę
skąd bierze się to pragnienie, dlaczego chcę się objadać i jeszcze dłużej zanim
nauczę się zastępować napady pozytywnymi zachowaniami. Ponadto, nauczyłam się,
że niemożliwe jest oczekiwać od siebie, że oprę się pragnieniom objadania się.
Zamiast tego, terapeuta powiedział, że powinnam spróbować zapobiegać
pragnieniom napadów w pierwszej kolejności.
Teraz, to przykuło moją uwagę, bo wszystko czego tak
naprawdę chciałam, było uwolnienie się od nonsensownych i nachalnych pragnień.
Wydawało się, ze nadchodzą automatycznie i nie mogłam znaleźć rozwiązania.
Nieważne jak bardzo próbowałam powstrzymać pragnienie napadu lub odwrócić od
niego myśli, to nie chciało odejść, dopóki się nie poddałam. Moja nienormalna
potrzeba by jeść ogromne ilości jedzenia rujnowała mi życie, więc chciałam
wierzyć, że pracowanie nad celami na terapii, jest w stanie powstrzymać moje
pragnienie.
Terapeuta powiedział, że wszystkie informacje, które
zbierałam podczas monitorowania siebie, mogą ewentualnie mi pomóc w zapobiegnięciu
objadaniu się. Nawet jeśli nie potrafiłam rozszyfrować, dlaczego miałam napady
do tego czasu, z każdego napadu mogłam wciągnąć lekcję na przyszłość. Kiedy zorientuję
się, jakie odczucia, emocje, nastroje, stresory i sytuacje wyzwalały moje
pragnienia, mogę porozmawiać o każdym z nich, czy to z Jimem, czy poprzez
zapisanie w dzienniku. Później musiałabym nauczyć się sposobów, jak radzić
sobie z wyzwalaczami w codziennym życiu. Kluczem w zapobieganiu napadom, jak to
zrozumiałam, było poradzenie sobie z wyzwalaczami zanim doprowadziły do napadu,
ponieważ po pojawieniu się tej potrzeby, zazwyczaj było już za późno.
Zaczęłam myśleć i rejestrować bardzo specyficzne sytuacje,
które zdawały się występować przed napadami. Na przykład odkryłam, że stres
związany z nadchodzącym egzaminem często powodował napad, dlatego ‘stres
akademicki’ określiłam jako zapalnik. Nauczyłam się sposobów, jak unikać stresu
akademickiego poprzez uczenie się z wyprzedzeniem i organizowanie lepszych
notatek. Nauczyłam się również, by radzić sobie z tego typu stresem poprzez
ćwiczenia głębokiego oddychania i częste przerwy w nauce. Uczucie samotności
również często powodowało u mnie napady, więc nazwałam ‘samotność’ jako
zapalnik. Opracowałam plan, jak radzić sobie z samotnością, który obejmował
dzwonienie do znajomych, pójście na spacer, na zakupy lub pisanie listów i
e-maili.
Ten wysiłek stał się dla mnie ogromnym zadaniem. Odkryłam
niezliczone ilości wyzwalaczy. Moje pragnienia objadania się pojawiały się
wiele razy, w różnych sytuacjach a ja odkrywałam ich związek z tak różnymi
uczuciami i stresorami, że ciężko było wybrać prawdziwe powody. Moje pragnienia
pojawiały się, kiedy byłam smutna, ale czasami też gdy byłam szczęśliwa. Pragnienia
pojawiały się, gdy byłam samotna, ale często też, kiedy byłam z przyjaciółmi
lub rodziną. Pragnienia przychodziły, gdy byłam wściekła, ale równie często,
gdy byłam spokojna. Pragnienia pojawiały się, kiedy byłam zestresowana, ale
czasami, gdy nie odczuwałam żadnego niepokoju. Pragnienia pojawiały się, gdy
byłam głodna, pełna lub gdzieś pomiędzy i kiedy czułam się gruba, chuda lub po
prostu dobrze. Pragnienia przychodziły, gdy czułam się beznadziejnie lub pełna
nadziei, cyniczna lub pełna sił do walki, niewidoczna lub ważna. Chociaż
istniały pewne wzorce, było mnóstwo niespójności i nieprzewidywalności.
Naprawdę nie wydawało mi się, że możliwe jest zajęcie się
każdą potencjalnie wyzwalającą myślą lub uczuciem, ale na pewno próbowałam.
Napisałam niezliczone wpisy do mojego dziennika, gdzie opisywałam wyzwalacz,
następnie opracowywałam plan, jak sobie z nim poradzić. W teorii to wszystko
dla mnie miało sens, ale ostatecznie, to nie było praktyczne, skuteczne ani
efektywne w moim wychodzeniu z bulimii. Chociaż z pewnością warto było radzić
sobie z negatywnymi myślami/uczuciami i problemami, które zazwyczaj nie
prowadziły do napadów. Co więcej, wyglądało na to, że jeśli z powodzeniem
poradziłam sobie z jednym zapalnikiem, to pojawiały się kolejne. Jak się
okazało, radzenie sobie ze wszystkimi wyzwalaczami wymagało więcej czujności i
czasu niż miałam, bo musiałam utrzymywać wysokie oceny i przygotowywać się do
zawodów.
Ponownie, mój terapeuta nie był zaniepokojony. Nauczyłam
się, że potrzeba cierpliwości, ćwiczeń i ciężkiej pracy, by nawiązać kontakt z
moimi wyzwalaczami i poradzić sobie z nimi. Ponadto, radzenie sobie z
wyzwalaczami nie było jedynym planem działania, mój terapeuta powiedział, ze
musimy wziąć pod uwagę moje głęboko zakorzenione przyczyny zaburzenia
odżywiania.
Jim powiedział mi, że ludzie, którzy generalnie są spełnieni
w życiu – emocjonalnie, fizycznie, psychicznie i duchowo – nie chorują na
zaburzenia odżywiania lub inne uzależnienia. Nauczyłam się, ze moje zaburzenie
odżywiania symbolizuje brak spełnienia lub nieszczęścia w jednym lub wielu
aspektach mojego życia. Nauczyłam się również, ze moje zaburzenie jest oznaką
braku prawdziwej tożsamości, ukierunkowania i miłości do samej siebie, to
symbolizowało ukryty ból z przeszłości, który należało przepracować i
rozwiązać. Ponadto, dowiedziałam się, ze moje zaburzenie odżywiania było
symptomem długotrwałej depresji, lęku i perfekcjonizmu.
W sumie, dowiedziałam się, że mój problem z odżywianiem
stanowił manifestację złożonego i głęboko zakorzenionego we mnie problemu. Ten
problem był prawdziwym powodem, ale zaburzenie utrzymywało się z dnia na dzień
przez wyzwalacze. Więc w celu wyjścia z bulimii, musiałam rozwiązać oba
problemy.
Nie nauczyłam się tego wszystkiego w jeden dzień lub w
pierwszym roku terapii, ale w ten sposób zrozumiałam moje zaburzenie
odżywiania. Nie wszystko przyjęłam jako niepodważalny dowód, wewnętrznie
zadawałam sobie wiele pytań związanych z tym czego się dowiedziałam i o czym
czytałam. W czasie pierwszego roku, trzymałam się idei, że mogę faktycznie
„wyjść z tego” i zacząć działać odpowiedzialnie, dlatego po każdym napadzie
obiecałam sobie, że to był ostatni raz. Zatrzymywałam opakowania niezliczonej
ilości jedzenia ‘z ostatniego napadu’, tylko po to, by zastępować je kilka dni
później kolejnymi. Kiedyś na początku drugiego roku napadów przestałam
zostawiać opakowania z napadu i pogodziłam się z faktem, że kolejne napady
prawdopodobnie się pojawią; odzyskiwanie zdrowia było długim procesem.
Zaakceptowałam fakt, że musi minąć wiele lat, zanim
ostatecznie rozwiąże wszystkie główne przyczyny mojego problemu, nauczę się
radzić sobie z codziennymi wyzwalaczami i nauczę się jeść normalnie. Nadal
podejmowałam decyzje by zrezygnować, ale tylko podczas większych okazji, takich
jak moje urodziny czy sylwester. Przyjęłam to, czego nauczyłam się na terapii:
nie było prostych odpowiedzi, żadnych szybkich rozwiązań.
Nie winię żadnego konkretnego terapeuty lub innego
specjalisty, żadnej książki czy magazynu, ale wydawało się, ze moja bulimia
była skomplikowana i odzyskanie zdrowia nie będzie takie proste a ten pomysł
wydawał się być dla mnie szkodliwy. Na terapii doszłam do wniosku, ze muszę iść
w stronę samopoznania i transformacji, aby w pełni pozbyć się tego problemu.
Zaczęłam wierzyć, że muszę zmienić wiele aspektów mojej osobowości: znaleźć cel
w moim życiu, odnaleźć spełnienie duchowe i emocjonalne, nauczyć się miłości do
samej siebie, ustalić moją tożsamość, wyleczyć depresję, lęki i perfekcjonizm,
rozwiązać problemy z przeszłości i odnaleźć szczęście – wszystko w celu, by być
wolną od bulimii.
Terapia nie sugerowała, że powinnam być perfekcyjna w tej
podróży do samopoznania, ale to wciąż było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Właśnie
rozpoczynałam życie jako dorosła i próbowałam odnaleźć drogę w wielkim i
nieznanym świecie. W niektóre dni byłam dużo bardziej zmotywowana niż w inne,
ale dzień po dniu pracowałam nad moimi celami określonymi na terapii, starając
się poprawić, by moje napady odeszły. Próbowałam naprawić wszystko, co według
mnie mogło powodować napady. Starałam się poprawić moją samoocenę, zażywałam
antydepresanty, ćwiczyłam asertywność, nauczyłam się technik relaksacyjnych,
pracowałam nad nowymi sposobami, by radzić sobie z emocjami, nauczyłam się
medytować.
Bez końca rozmawiałam z terapeutami o moim życiu rodzinnym,
relacjach przyjaciółmi, związkach, niepowodzeniach i bólu, ale to nie
powstrzymywało cyklu napadów i ćwiczeń, by spalić jedzenie. W rzeczywistości,
moje napady tylko zwiększyły się przez te cztery lata studiów. Wyglądało na to,
że nieważne jak wiele głęboko-zakorzenionych powodów znalazłam, nieważne jak
dobrze wykonywałam plan odżywiania, nieważne jak dobrze radziłam sobie ze
stresorami, nieważne jak bardzo próbowałam odnaleźć spokój i spełnienie,
pragnienie objadania się nadchodziło. A ja ponownie znajdowałam się przed
drzwiami lodówki lub w drodze do najbliższego Fast-fooda.
Nie wiedziałam wtedy, że moi terapeuci nie znali wszystkich
odpowiedzi na moje problemy. Ufałam im i zdecydowanie chcieli dla mnie
wszystkiego co najlepsze, ale nikt nie wiedział, o co w tym wszystkim chodziło
i wciąż tego nie wiemy. W obszernej książce na temat zaburzeń odżywiania,
opublikowanej w 2003 r. – cztery lata po rozpoczęciu leczenia – eksperci
stwierdzili, ze nikt nie jest w stanie precyzyjnie zrozumieć, jak lub dlaczego
występują zaburzenia odżywiania. Do tej pory naukowcy wciąż nie są pewni
podstawowych przyczyn i natury zaburzeń odżywiania. Wyjaśnienia moich
terapeutów opierały się na teoriach i przypuszczeniach, nie na faktach. Co więcej,
ich sugestia, ze muszę rozwiązać hipotetyczne przyczyny, by odzyskać zdrowie, również
nie była dobra, bo nie ma naukowych dowodów, że rozwiązanie leżących w psychice
problemów prowadzi do wyzdrowienia. Nie wiedząc o tym, przyjęłam terapię i
uwierzyłam w nią.
Chaos i brak postępu
W miarę trwania mojej terapii, poczułam, że nie robię
żadnego postępu i nie zbliżam się do celu: zatrzymania napadów. Jasne, odkryłam
wiele pomocnych rzeczy o sobie i nauczyłam się nowych sposobów, by radzić sobie
z różnymi problemami, ale napady wciąż trwały. Moi terapeuci nigdy nie
zasugerowali, żebym po prostu przestała się objadać lub spróbowała wyjaśnić,
jak mogę to robić. Nauczyłam się, że prawdopodobnie zrobię kilka kroków
naprzód, a następnie cofnę się wiele razy zanim całkowicie wyzdrowieję, ale
terapeuci zapewnili mnie, że praca, którą wykonuję na terapii opłaci się. Ale nigdy
się tak nie stało.
Terapeuci zachęcali mnie, bym zredukowała ilość napadów. Proponowali
mi, żebym wyznaczała sobie małe cele, takie jak odkładanie napadu o 10 minut lub
o jeden raz mniej w tygodniu, niż zwykle, ale to nie było wystarczająco dobre. Chciałam
z tym skończyć na dobre, ale nikt nie potrafił powiedzieć mi jak.
Sama nie wiem, co bardziej mnie pochłonęło podczas studiów:
bulimia czy próba wylecenia jej. Oba pochłaniały większość mojego czasu i
energii, tak, że reszta mojego życia zdawała się kurczyć. Porzuciłam drużynę
biegów po drugim sezonie z powodu bulimii oraz z powodu czterech kolejnych
złamań. Szkody, które wyrządziłam kościom podczas liceum przez utratę wagi,
prawdopodobnie przyczyniły się do tych złamań, a urazy uniemożliwiły mi udział
w zawodach. Do dziś staram się nie myśleć o tym, jak mogłaby wyglądać moja
kariera.
Pamiętam, jak siedziałam w biurze mojego trenera, płacząc,
bo powiedziałam mu, że muszę odejść, by skupić się na wyzdrowieniu, by być z
daleka od presji w sporcie, która wymagała określonego typu ciała i pozwolić
swojemu ciału i ranom wygoić się. Był rozczarowany, ale wspierał mnie. Nie czułam,
że obwiniał mnie za porażkę. Czułam, że obwiniał moje zaburzenie odżywiania, bo
podobnie jak moi terapeuci uważał, że zaburzenia odżywiania są chorobą, która
wymaga profesjonalnej pomocy w leczeniu.
Pomimo wątpliwości i lepszego rozeznania, również zaczęłam
wierzyć, że moja bulimia jest chorobą, a nie brakiem silnej woli. Po wielu
terapiach, zaakceptowałam pomysł, że potrzebuję zajrzeć w głąb siebie, żeby
całkowicie wyleczyć moją chorobę. Wędrowałam tą drogą przez długi czas,
próbując desperacko odzyskać kontrolę nad zachowaniem, którego nie rozumiałam. Pod
koniec ostatniego roku osiągnęłam wagę 63 kilogramów i miałam 4 napady w ciągu
tygodnia. Jadłam ponad 8 tys. kalorii w czasie napadu i ćwiczyłam 6 do 7 godzin
następnego dnia. Mój rytuał zabierał mi większość mojego życia.
Pomimo 4 lat terapii, studia skończyłam tak samo, jak
zaczęłam – wciąż jadłam potajemnie jedzenie innych osób, zatrzymując się na
stacjach benzynowych i w Fast-foodach by zdobyć więcej jedzeni, wykorzystując
wszystkie drobniaki w automatach, ćwicząc godzinami na końcu i próbując się
bezskutecznie podnieść.. i przybierając na wadze.
Mogłabym pisać nieskończoną ilość historii o utraconych
przyjaźniach, relacjach, których nigdy nie stworzyłam, straconym czasie,
straconych szansach, problemach zdrowotnych, które sama spowodowałam, bólu,
który wyrządziłam rodzinie i jedzeniu – jak dobrze smakowało i jak okropnie
czułam się później. Ale nie zrobię tego. Pokazałam jak wyglądało moje życie,
jako bulimiczki a wszystko inne byłoby powtarzalne i męczące.
Nie chcę przez to powiedzieć, że lata studiów były złe. Bywały
chwile, czasami dni i raz całe dwa tygodnie, kiedy nie miałam napadów. Zaprzyjaźniłam
się z wieloma osobami i z częścią z nich pozostaję blisko do dziś. Czasami chodziłam
na randki i raz się zakochałam. Często się śmiałam, czasami chodziłam z moją
siostrą i jej znajomymi do barów. Piłam co jakiś czas. Lubiłam większość z
moich zajęć i dostawałam dobre oceny. Miałam kilka dobrych wyścigów. Grałam w
softball i tenis stołowy. Uczestniczyłam w meczach piłki nożnej i baseballu,
koncertach, imprezach i chodziłam do kościoła. Miewałam momenty, kiedy czułam
się jak normalny student i to są chwile, które próbuję zapamiętać. Zauważyłam,
ze nie ma sensu użalać się nad sobą cały czas, że zatracam się w bulimii, bo
mogę to zawrócić. Mogę tylko mieć nadzieję, ze dzieląc się moimi
doświadczeniami, inna młoda dziewczyna nie zmarnuje najlepszych lat swojego
życia.
Komentarze
Prześlij komentarz